Wiele jest w Norwegii urokliwych fiordów, są też piękne klify, potężne wodospady. Jest też jeden wyjątkowy kamień –  tak szczególnie umiejscowiony, że sam w sobie jest celem wycieczek. Nas również urzekły zdjęcia Kjeragbolten, bo to o nim mowa. O głazie, wiszącym nad przepaścią a zaklinowanym między dwoma ścianami skalnymi. Chcemy osobiście sprawdzić, jak wiele emocji dostarczy nam wspinaczka na niego i jak spodoba nam się widok z klifu na wschodnią część Lysefjordu. Zamierzamy na górze Kjerag spędzić noc w namiocie i dopiero kolejnego dnia wrócić do cywilizacji.

Parking nad Lysebotn

Dzień zaczęliśmy wycieczką na Preikestolen, więc na parking powyżej miejscowości Lysebotn docieramy dopiero około godziny osiemnastej. Do pokonania mieliśmy zaledwie 130 kilometrów, ale widoki z drogi były tak ładne, że jakoś nie potrafiłem się spieszyć. Parking jest przygotowany pod wiele dziesiątek aut. O tej porze stoi na nim tylko kilka samochodów. Opłata za parkowanie to 300 NOK.

Ku uciesze dzieci nasz wymarsz na Kjerag zostaje opóźniony przez stado owiec, które licznie zameldowały się na parkingu. Wszystkie są bardzo zainteresowane tym co pakujemy na drogę. Gdy jedne owce próbują wprost wyjąć nam z plecaków jedzenie, inne szukają pożywienia w otwartym aucie. Musimy się dwoić i troić aby nasze zapasy nie uszczupliły się za bardzo.

Poza nami prawie nikt nie szykuje się do wejścia na szlak. Prawie, bo w nasze ślady rusza kilku mnichów z Tajlandii. W tradycyjnych szatach, w sandałach, bez plecaków… Zwrócili uwagę strażnika parku, który aż pobiegł za nimi by zrobić im małe przesłuchanie. Wyglądało to mniej więcej tak:

– Idziecie na Kjerag?

– Yyy?

– Idziecie do góry, do kamienia?

– Tak.

– To trzy godziny w jedną stronę, nie pozwolę wam.

– To my tylko trochę pójdziemy i zawrócimy.

– Jak daleko chcecie iść?

– Tylko trochę, obejrzymy zachód słońca i wrócimy.

– To już będzie ciemno, czy macie latarki?

– Nie.

– To Was nie puszczę, musicie zejść na parking.

Tak oto uratowano kilka świątobliwych istnień ludzkich 🙂 Tym niemniej tajscy mnisi idą z nami jeszcze kilkanaście minut.

Trzy wzniesienia, trzy wspinaczki z łańcuchami

Według znaków mamy do przejścia około 5 kilometrów, powinno nam to zająć 2,5 godziny. Szybko trasa staje się stroma i zmuszeni jesteśmy używać łańcuchów do wspinaczki. Idziemy po litej, gładkiej skale, bez wyraźnych stopni. Podczas deszczu droga na Kjerag musi być dość niebezpieczna. Łańcuchy są dokładnie takie jak w naszych Tatrach, i naprawdę są przydatne. Na dystansie jednego kilometra wspinamy się 200 metrów w górę.

Tak stajemy na szczycie pierwszego wzniesienia. Teraz musimy zejść w dół do ładnej, zielonej dolinki z jeziorkiem. Do pokonania mamy jeszcze dwa takie wzniesienia, a później czeka nas przejście obszernego skalnego plateau. Dzieci idą bardzo ładnie, nie przeszkadza im nawet coraz silniejszy wiatr.

Kolejny fragment drogi w górę także jest zaopatrzony w łańcuchy, znowu jest tu dość stromo. Na szczycie kolejnego wzniesienia postawiony jest schron ratunkowy. Słońce coraz bardziej chyli się ku zachodowi, ale nie zamierzamy tu zostać, ruszamy na trzecią skalną ścianę.

Wiatr w drodze na Kjerag

Wiatr robi się coraz mocniejszy, zakładamy długie spodnie, dodatkowe bluzy i wspinamy się na trzecie wzniesienie. Jest bardzo stromo, wolę cały czas trzymać Milenkę za rękę. Porywy wiatru są zaskakująco silne. Po jakimś czasie zauważam, że wicher dmie już bez przerw, jest tak mocny że wszyscy idziemy skuleni i nerwowo trzymamy się łańcucha. Wiatr okrutnie nas wychładza. W jakimś zagłębieniu skalnym wyciągamy z plecaków kurtki i pozostałe ciepłe ubrania i zakładamy na siebie. Przy okazji widzimy, że gdybyśmy nie trzymali mocno kurtek to wicher wyrwałby je nam z rąk i porwał w siną dal. Przy przebieraniu się musimy głośno krzyczeć do siebie, wiatr porywa też nasze słowa…

Nastrój wesołej wycieczki prysł, teraz walczymy z żywiołem. Dzieci starają się być dzielne, ale wicher szarpie także nimi. Idzie się bardzo ciężko, na szczęście nie kierujemy się wprost pod wiatr. Wicher atakuje nas z lewej strony, jakby Kierag chciał nas zdmuchnąć ze zbocza. Dobrze, że skała nie jest już tak stroma, nie ma ryzyka, że ktoś spadnie w przepaść. Szlak oznaczony jest kamiennymi kopczykami, ale wcale nie tworzą one jednej linii. Są szeroko rozrzucone po całym płaskowyżu. Słońce już zaszło, wiatr bardzo nas spowalnia, widzę, że dziś nie dotrzemy do celu. Pozostaje mi wybrać właściwe miejsce na rozbicie namiotu. Z czołówką szukam w miarę odpowiedniej nawierzchni, w którą da się wbić śledzie. Większość tego plateau to lita skała, więc trochę się muszę nachodzić. Gdy przechodzimy do rozbijania namiotu jest już zupełnie ciemno.

Walko o namiot

Samo stawianie namiotu w tej wichurze to osobna historia. Dość, że zespołowa praca i ofiarne zaangażowanie wszystkich daje w końcu zadowalający efekt. Udało się utrzymać w rękach wszystkie części namiotu i nawet nie podrzeć tropiku. Namiot stoi solidnie przymocowany do podłoża szpilkami i śledziami, a do ustabilizowania tychże oraz linek odciągowych znosimy najcięższe możliwe głazy. Przyznam, że wyrażenie „namiot stoi” to duża przesada. Namiot jest targany wichurą, napina się i ugina. No cóż, to namiot rodzinny, a nie wyprawowy. Szybko wchodzimy do środka by go ostatecznie dociążyć.

W namiocie, przy latarkach widzę, że wszyscy są dość przerażeni. Robię więc kolację, równocześnie stabilizując plecami ścianę namiotu. Posilamy się, rozgrzewając zarazem puchowe śpiwory. Niestety gdy uznajemy, że chcemy spać, to wicher jakoś nie zamierza się dostosować: wyciszyć, choć trochę uspokoić… Tak miota namiotem, że w środku cały czas wbija się w uszy głośny łoskot wiatru szarpiącego tropik.

Martwiąc się o wytrzymałość namiotu staram się trzymać jedną ręką stelaż od strony, z której dmucha najmocniej. Niestety ręka trzymana przez dłuższy czas pionowo drętwieje. Na szczęście mam drugą. Ale ona ma ten sam defekt… Zmieniam: prawa, lewa, prawa, lewa i mam już dość. Nagle Eureka! Mam… mam też nogi. Genialne rozwiązanie. Przecież mogę leżeć na ziemi i nogami podtrzymywać uginający się stelaż. No to świetnie, i wilk syty i owca cała, można by rzec. Tylko spać się nie da. Aż się dziwię dzieciom, że tak szybko, pomimo hałasu, zasnęły.

Wiatr jakoś nie chce osłabnąć. Były chwile, gdy już wierzyłem, że cichnie. Liczyłem sekundy, gdy stelaż nie napierał na moje nogi: jeden, dwa… I nigdy nie doliczyłem do trzech. Na zegarku sprawdzam czas i odliczam, ile jeszcze będę trzymał ten namiot, zanim uznam, że dzieci się wyspały i spakuję nasz wymęczony domek. Rankiem, zmuszony potrzebą, wychodzę na chwilę przed namiot. Gdy wracam okazuje się, że w tym czasie stelaż się rozerwał i tył namiotu się złożył… A tyle czasu walczyłem…

Dość już o wietrze. Po dziewiątej nieco słabnie, jemy śniadanie i jakoś składamy namiot. Zostało nam raptem kilkaset metrów do celu, ruszamy więc, by odnaleźć słynny Kjeragbolten.

Kjeragbolten

Czerwone znaki na kamieniach prowadzą nas bez problemu do małego skalistego wąwozu, na końcu którego widzimy charakterystyczny kamień. Po przejściu parudziesięciu metrów po zanurzonych w wodzie dużych głazach dochodzimy do celu. Najpierw podchodzimy do kamienia, obserwujemy jak subtelnie jest zaklinowany. Widok jest naprawdę niesamowity. Taki kawał skały musi być niezwykle ciężki. Przy swojej objętości 5,1 metrów sześciennych szacuję jego masę na prawie 14 ton. W tym kontekście nie obawiamy się, że pod ciężarem wchodzących na głaz runie on w dół, do fiordu. Tkwi w tym miejscu od ostatniego zlodowacenia, jakieś 50000 lat, więc chyba nieprędko coś go ruszy. Patrzymy jak ktoś ostrożnie się na niego wdrapuje. Magda widząc to już z daleka deklaruje, że ona tam nie wejdzie.

Czy wejście na Kjeragbolten jest trudne?

Chwilę później już pędzę na górę, by sprawdzić jak trudne jest wejście na Kjeragbolten. I cóż – trudne nie jest; trzeba po wąskim skalnym gzymsie zbliżyć się do kamienia i zrobić jeden duży krok. Można się nawet przytrzymać starego ringu zamocowanego w skale obok. Ale muszę przyznać, że banalnie to też nie jest. Kjeragbolten nie jest bezpiecznie płaski, od góry jest kulisty i raczej nie stoi się na nim komfortowo. No i najważniejsze, choć wolałbym już do tego tematu nie wracać, nadal wieje silny wiatr. Nie jest to już 8 w skali Beauforta, ale wiatr wieje cały czas, jest przy tym zmienny. Niektóre porywy są zaskakująco mocne i trzeba się bardzo starać, by ani na chwilę nie stracić równowagi. W tym czasie pod nogami straszy kilkusetmetrowa przepaść. Uważne stawianie stóp i stała kontrola balansu ciała są niezbędne.

Myślę, że mówiąc o trudności wejścia na Kjergbolten trzeba uwzględnić trzy kwestie:

– techniczną – do wejścia na kamień nie jest wymagana asekuracja, chwila namysłu i spokojne ruchy zupełnie wystarczą by bezpiecznie wejść na Kjergbolten;

– mentalną – naprawdę minimum wyobraźni potrzeba, aby zwizualizować sobie, jak spada się z kamienia w przepaść. Wystarczy uznać za prawdopodobne, że w chwili wejścia na kamień zaskoczy nas i pozbawi równowagi przelatujący ptak, dron czy silny poryw wiatru. Dla wielu osób sam widok kilkusetmetrowej przepaści wystarczy, by zrezygnować z wejścia

– zespół zmiennych czynników obiektywnych, jak śliskość kamienia po deszczu czy porywisty wiatr. Jednego dnia wejście na Kjergbolten może być bezpieczne i łatwe a kolejnego dnia po prostu nieodpowiedzialne i ryzykanckie

Kjerag: widoki z klifu

Podobno z tego kamienia nikt jeszcze nie spadł. I oby tak pozostało. Nasz dwunastoletni Mikołaj bardzo się rwie, by też wejść na Kjeragbolten, spotyka się jednak z jednoznaczną odmową z naszej strony. Idziemy za to wspólnie na klif przy którym tkwi słynny kamień. Prawdę mówiąc widok z krawędzi klifu jest o wiele bardziej imponujący. Do fiordu pod nami jest tysiąc metrów. Z obu stron widok ograniczają potężne skalne ściany.

Lysefjord u naszych stóp

Następnie wracamy do rozstaju szlaków i kierujemy się w lewo, na najlepszy punkt widokowy płaskowyżu Nesatindane. Stąd możemy podziwiać, jak Lysefjord ciągnie się na zachód, w kierunku Preikestolen, na którym byliśmy wczoraj. Nazwa Lysefjord pochodzi od słowa lyse – jasny. Fjord jest otoczony granitowymi skałami o jasnej barwie. Mocno kontrastują one z ciemnogranatowym kolorem wody. Cały fiord ma długość 42 km, osiąga głębokość 400 km.

Widać stąd piękne pionowe klify, z których uzależnieni od adrenaliny rzucają się w dół. Kjerag jest jednym z najpopularniejszych miejsc uprawiania BASE jumpingu. Wykonano stąd tysiące skoków. Nikt nie spadł jeszcze z Kjeragbolten. Niestety amatorzy skoków BASE mają nieco gorszą statystykę na Kjeragu. Co najmniej kilkanaście skoków stąd zakończyło się tragicznie.

Powrót do cywilizacji

Około południa zaczynamy schodzenie. Pogoda zaczyna się psuć, chmur jest coraz więcej i wiatr znowu nabiera mocy. Szlak nie prowadzi blisko fiordu, więc majestatyczne widoki zostawiamy za sobą. Przed drugą jesteśmy na parkingu. Mimo, że to nasz ostatni dzień w Norwegii przed nami jeszcze jedna atrakcja: niesamowita jazda krętą szosą przez skalny płaskowyż o księżycowym krajobrazie.

Podsumowanie

Wycieczka na Kjerag dostarczyła nam wielu emocji. Sporo negatywnych, wywołanych huraganowym wiatrem, ale dużo też pozytywnych, gdyż drugiego dnia widoki były piękne, a wejście na Kjeragbolten to dodatkowy zastrzyk adrenaliny. Sama droga nie jest długa, to raptem pięć kilometrów, chociaż to były najbardziej strome odcinki jakie w Norwegii przeszliśmy. Bardzo polecamy tę wycieczkę, jednak dokładnie sprawdźcie prognozę pogody na czas pobytu na Kjeragu. Zestaw porad, jak zorganizować wejście na Kjeragbolten zawarliśmy we wpisie: Norwegia: Jak wejść na Kjeragbolten?

 


Podobne wpisy:

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*
*
Website