Czterotysięcznik? To łatwe!

Planuję zdobyć Matterhorn, wejść na wysokość 4478 m n.p.m. To na tyle wysoko, że wcześniej wypada się nieco zaaklimatyzować. Wybieram cel wycieczki kierując się dwoma kryteriami. Szczyt ma mieć powyżej 4000 m n.p.m i wejście na niego nie powinno wymagać liny, ani zespołu wspinaczy. W szwajcarskich Alpach Pennińskich, w rejonie Saas Grund, gdzie nocuję, jest jeden idealny do tej roli kandydat – to Lagginhorn. Wejście na niego przez West Grat jest raczej łatwe (wycena trudności: PD), lina nie jest konieczna. Oczywiście nie zabieram tam dzieci. Magda w tym czasie podejdzie z nimi do schroniska Weissmieshütte.

Przy kempingu wsiadam w autobus, ten podwozi mnie wprost pod budynek kolejki linowej Saas-Grund Bergbahnen. Najpierw wjeżdżam na stację Kreuzboden, potem przesiadam się w kolejkę na Hochsaas i już około dziewiątej jestem na wysokości 3100 m.

Panorama z Hochsaas jest zachwycająca. Cieszę się tym bardziej, że z kempingu widziałem tylko chmury zamiast gór. Dobrze jest być teraz ponad nimi. Duże wrażenie robią przede wszystkim cztery ułożone w linii ostre wierzchołki czterotysięczników. To Taschhorn (4491 m n.p.m.), Dom (4545 m n.p.m.), Lenzspitze (4294 m n.p.m.) i Nadelhorn (4322 m n.p.m.)

Szlak na Lagginhorn zaczyna się od przejścia po wielkich głazach do strumienia, a następnie małego lodowczyka. Niemal cały strumyk jest pokryty lodem.

Przejście po śniegu przez Lagginhorn Gletscher jest proste i wygodne. „Schody” zaczynają się, gdy trzeba odszukać drogę na skalnej grani. W kilku miejscach jej przebieg jest nieoczywisty, raz muszę się nawet cofnąć, by odszukać szlak. Im wyżej jestem, tym droga jest wyraźniejsza. Czasami konieczne jest użycie rąk dla asekuracji. Na najbardziej stromym odcinku szlaku zawieszona jest dla bezpieczeństwa stalowa lina poręczowa.

Grań Lagginhornu

Na wysokości około 3400 m n.p.m. wchodzę na grań. Otwiera się stąd widok północ, na Alpy Berneńskie, zwłaszcza Bietschhorn (3934 m n.p.m.) przyciąga wzrok swą stromą południową ścianą.

Robię tu dłuższą przerwę i zachwycam się panoramą. Między Saas-Fee a Zermatt rozciąga się pasmo szczytów wyjątkowej urody. Grań zaczyna się na południu od Signalkuppe (4554 m n.p.m.), kolejne widoczne szczyty to Zumsteinspitze (4563 m n.p.m.), Duforspitze (4624 m n.p.m.), Strahlhorn (4190 m n.p.m.), Liskamm (4527 m n.p.m.), Rimpfischhorn (4199 m n.p.m.), Allalinhorn (4020 m n.p.m.), Alphubel (4206 m n.p.m.) oraz te najbliższe Taschhorn (4491 m n.p.m.), Dom (4545 m n.p.m.), Lenzspitze (4294 m n.p.m.) i Nadelhorn (4322 m n.p.m.). To niemal komplet szczytów, wokół których prowadzi słynny szlak Tour de Monte Rosa.

Dość oglądania, trzeba iść dalej. Trasa granią jest dość intuicyjna i wspinaczka idzie sprawnie. Wyjątkiem jest jedno tylko miejsce. To dość gładka ściana, ponad którą utworzył się zator z powiązanych liną wspinaczy. Zespoły kolejno zjeżdżają tu na linie. Po tej przeszkodzie droga jest oczywista, szlak zakosami pnie się stromo do góry. Wyżej grań jest już cała ośnieżona i wymaga użycia raków i czekana.

Lagginhorn 4003 m n.p.m.

Około południa wchodzę na wierzchołek. Na szczycie Lagginhorn jest postawiony krzyż. Wokół niego miejsca jest dla zaledwie 4-5 osób. Na szczęście na górę nie pchają się tłumy alpinistów. Mogę spokojnie rozejrzeć się wokół.

Najładniejsze widoki roztaczają się na zachodzie. Najwyższe szczyty w tym rejonie to: Dom (4545 m n.p.m.) i dobrze widoczny dopiero z tej wysokości, leżący na kolejnym grzbiecie – Weisshorn (4505 m n.p.m.)

Dokładnie na południe od Lagginhornu wznosi się drugi z czterotysieczników na tej grani – Weissmies (4023 m n.p.m.). Wyraźnie widzę czwórkę alpinistów schodzących z ośnieżonego wierzchołka.

Na północy zauważam w oddali dwie nitki sunących lodowców. To Aletschgletscher i Fieschergletscher – dwa najdłuższe alpejskie lodowce, należące do wpisanego na listę światowego dziedzictwa UNESCO rezerwatu Szwajcarskie Alpy Jungfrau-Aletsch. Wysoka góra widoczna pomiędzy nimi to Finsteraarhorn, cel mojej wyprawy z października.

Na szczycie jest dość zimno. Szybko zaczynam schodzenie. Przed piętnastą wracam do punktu wyjścia, gdzie czeka na mnie Magda z dziećmi. Razem idziemy jeszcze na plac zabaw w rejonie Kreuzboden. Stąd Lagginhorn prezentuje się najładniej.

Wejście na Lagginhorn to bardzo widokowa, a przy tym krótka i niezbyt trudna wycieczka. W ciągu kilku godzin od wyjścia z namiotu można stanąć na szczycie czterotysięcznika, po czym zejść w dolinę. Polecam ten wierzchołek zarówno tym, którzy szukają pierwszej możliwości pokonania bariery czterech tysięcy metrów, jak i tym którzy chcą po prostu zaaklimatyzować się przed ambitniejszymi celami.

Wejście na Lagginhorn miało dać mi wiarę, że organizm powyżej czterech tysięcy metrów nie będzie sprawiał problemów. Cel osiągnąłem, jutro jadę do Zermatt i podejmę próbę wejścia na najsłynniejszy szczyt Szwajcarii – Matterhorn.

 


Podobne wpisy:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*
*
Website