Na dziś zaplanowałem kulminacyjny punkt trekkingu przez Himalaje – wspinaczkę na Island Peak (Imja Tse). To najwyższy szczyt, na jaki się dotychczas odważyłem wchodzić. Wejdę na wysokość 6189 metrów n.p.m., na lodowcu czekają na mnie szczeliny, seraki, mosty i drabiny. Nudzić się dzisiaj nie będę…

Cel: Island Peak 6189 m n.p.m.

Zaczynam ósmy dzień wyprawy przez Himalaje. Jestem w bazie namiotowej pod Island Peak, około 6 km od Chukhung, na wysokości 5100 m n.p.m. Szczyt Imja Tse leży w Himalajach Wysokich, jakieś 4,5 km na południe od Lhotse. Od wschodu i zachodu otaczają go lodowce, od południa jezioro Imja Tsho. Jego nazwa nie jest przypadkowa, faktycznie może kojarzyć się z wyspą wznoszącą się ponad opływającymi go jęzorami lodowców. Do pokonania wspinacze mają niemal 1100 metrów wysokości. Zwykle na wierzchołek dociera się po 6-7 godzinach wspinaczki.

Pobudka o północy

Noc poprzedzająca ósmy dzień trekkingu przez Himalaje nie dała mi wiele snu. Najpierw długo nie mogłem zasnąć, potem często wybudzałem się i sprawdzałem godzinę na zegarku. Ostatecznie już przed północą wyczołguję się ze śpiwora i ubieram najcieplejszy zestaw ubrań. Mój przewodnik wyznaczył północ jako czas pobudki, a pierwszą w nocy na godzinę wymarszu. Czeka nas kilka długich godzin wspinaczki, do pokonania jest niemal 1100 metrów w pionie. Nie to jednak budziło we mnie największe emocje. Niepokoi fakt, że po raz pierwszy w życiu będę tak wysoko. Island Peak ma wysokość 6189 m n.p.m., a na więc na szczycie ciśnienie atmosferyczne wynosi około 360 mmHg. W tak rozrzedzonym powietrzu jest ponad połowę mniej tlenu niż na poziomie morza. W głowie kłębią się wątpliwości: czy wystarczy mi sił, czy moja aklimatyzacja jest wystarczająca, jak zniosę zimno podczas nocnej wspinaczki? Wiem jedno, dziś Island Peak zweryfikuje moje możliwości wspinania się w wysokich górach.

Śniadanie zjadam tylko z rozsądku, jaglanka o północy opornie przechodzi przez gardło. Gorąca herbata to co innego, chętnie rozgrzewam się od środka słodkim płynem. Jest naprawdę mroźno, każdy sposób by zmienić swe odczucia w tej kwestii jest dobry. Obok mnie szykuje się do wyjścia jeszcze para Polaków. Mam wrażenie, że Island Peak jest wśród rodaków dość popularny. Idąc do Chukhung spotkałem dwie Polki, które też planowały zdobywanie szczytu. 10 dni temu na Island Peak wchodziła ze swoją grupą Monika Witkowska; dla niej była to aklimatyzacja przed atakiem na Lhotse. Mój przewodnik szacuje, że dzisiejszej nocy w sumie kilkunastu wspinaczy będzie próbowało wejść na Island Peak. Zapytany o to, jaki procent wspinających się osiąga szczyt, po namyśle stwierdza, że około 70%.

Godzina pierwsza w nocy: start

Wyruszamy niemal zgodnie z planem, kwadrans po pierwszej. Pierwszy odcinek trasy jest prawie płaski. Idziemy w świetle czołówek wzdłuż jeziora polodowcowego Imja Tsho. Nic wokół nie widzę, idę zatopiony w myślach. Wspominam, jak wybierałem Island Peak na najwyższy cel trekkingu. Przekonały mnie dwie cechy tej góry. Pierwsza: położenie pomiędzy dwoma potężnymi szczytami: Lhotse i Ama Dablam, z widokami na kolejne dwa ośmiotysięczniki: Makalu i Czo Oju. Druga cecha, która mnie zachęciła to atrakcyjność drogi poprowadzonej przez liczne szczeliny, mostki i drabiny. Mam słabość do widoku szczelin na lodowcach. Liczę na niezapomniane wrażenia z ich pokonywania.

Aklimatyzacja? Jest

Kiedy zaczynam wspinać się po skalnym, bardziej stromym odcinku drogi szybko się rozgrzewam i muszę zdjąć jedną warstwę ubrania. Rozważam czy dobrze się przygotowałem do ataku na sześciotysięcznik, czy poprawnie przeprowadziłem proces aklimatyzacji. Trekking zacząłem asekuracyjnie: dwa dni marszu na dojście do Namche Bazar (3450 m n.p.m.), następnie aklimatyzacyjna wycieczka na 3850 m i powrót do Namche Bazar. Dalsze noclegi na wysokościach 3860 m (Tengboche) i 4360 m (Dingboche). Przestrzegam zasady, by różnica wysokości między kolejnymi noclegami nie przekraczała 500 m. Wspinam się na Chukhung Ri (5546 m) aby potem zanocować w Chukhung (4750 m). Konsekwentnie realizuję zasadę „śpij nisko, wspinaj się wysoko”. Przed samym atakiem szczytowym nocuję w namiocie na wysokości 5100 m. Teoretycznie więc organizm powinien się zaaklimatyzować do takiej wspinaczki.

To dopiero ósmy dzień trekkingu po Himalajach, a już atakuję najwyższy z celów całej wyprawy. Chociaż pamiętam dobre rady sugerujące odwrotny marsz niż zaplanowałem: najpierw trzy przełęcze, a na końcu Island Peak. Wybrałem inaczej, bo właśnie Island Peak jest dla mnie priorytetowym punktem wyjazdu.  Nie chcę ryzykować, że okres złej pogody przypadnie akurat na ostatnie dni trekkingu i na szczyt nie wejdę lub wchodząc na niego z powodu zachmurzenia nic nie zobaczę.

Diuramid? Nie

Niektórzy planując wysokie trekkingi preferują profilaktyczne stosowanie acetazolamidu. Tu też mam inne zdanie. Skoro wędruję samotnie, chcę dobrze odbierać sygnały płynące z organizmu, nie łykam więc Diuramidu. Jednak aby ciało optymalnie wykorzystywało dostępny tlen biorę od dwóch tygodni kilka suplementów. Sprawdzę dziś czy moja strategia da dobre efekty.

Oprócz obaw o kondycję, niepokoi mnie jeszcze, jak mój organizm zareaguje na niskie temperatury na wysokości 6000 metrów. W środku nocy jest mroźno, palce u rąk mi drętwieją, a krew uparcie nie chce do nich dotrzeć. Mam nadzieję, że gdy wzejdzie słońce temperatura się podniesie. Na wszelki wypadek mam w plecaku chemiczne ogrzewacze do dłoni. Na czarną godzinę.

Wkrótce trudność szlaku zmusza do skupienia się na pokonywanej drodze. Im dłużej idziemy tym jest bardziej stromo. Jest sporo miejsc z dużą ekspozycją, czasami trzeba się podciągać rękami. Dobrze, że jest noc, nie stresuje za bardzo widok przestrzeni pod nogami.

Kończy się skała, zaczyna śnieg

W mrokach nocy widzę światła czołówek tych, którzy wyszli na szlak wcześniej lub startowali z wyżej położonej bazy namiotowej. Mój przewodnik narzuca takie tempo wspinaczki, że konsekwentnie wyprzedzamy kolejne osoby. Kiedy po pierwszych trzech godzinach marszu ciemność powoli się rozjaśnia, kończymy skalny fragment wspinaczki. Na wysokości 5800 m n.p.m. odkładamy na bok kijki, zamiast nich wyciągamy czekany. Tu też zakładamy raki i związujemy się liną. Zaczynamy najciekawszy – lodowcowy odcinek drogi. Przed nami labirynt szczelin i seraków.

Island Peak – szczeliny i seraki

Na początek przechodzimy nad jedną ze szczelin po poziomo ułożonej stalowej drabinie. Wkrótce dzięki dwóm drabinom związanym linami docieramy ponad długą szczeliną na kolejny fragment lodowca. Krajobraz z grubsza odpowiada moim oczekiwaniom. Lodowiec jest bardzo pocięty szczelinami, a poszczególne seraki są mocno wypiętrzone i wyraźnie niezależne. Uroku dodaje im wielowarstwowa struktura i połyskująca od lodu powierzchnia. Z niektórych ścian efektownie zwisają liczne lodowe sople.

Z coraz większym spokojem przechodzę po kolejnych chwiejących się drabinach. Najwyższa do pokonania konstrukcja składa się aż z czterech drabin związanych linami. Niektóre szczeliny są tak głębokie, że nie mogę wypatrzyć, gdzie się kończą. Drabiny nie tylko wiszą ponad szczelinami. Używa się ich także do wzmocnienia naturalnych śnieżnych mostków, kładąc je wprost na śniegu. Dla bezpieczeństwa wzdłuż drabin zwykle są zamontowane liny, które napinane przez przewodnika mogą służyć jako prawie sztywna poręcz. Muszę przyznać, że przewodnik ma duże doświadczenie i mimo trudnego terenu bardzo sprawnie pokonujemy kolejne przeszkody.

Każdy kolejny odcinek dostarcza nowych emocji. Kluczenie między szczelinami i serakami daje mi mnóstwo frajdy. Podobno to z powodu trzęsienia ziemi w kwietniu 2015 r. struktura lodowca stała się bardziej urozmaicona, a jego wygląd dużo groźniejszy. Kiedy pomyślę, że te wielotonowe bloki lodu są praktycznie w ciągłym, choć bardzo powolnym ruchu, to dreszcz przechodzi po plecach. Na szczęście tutaj nie ma tak dużego ryzyka, jak na przykład podczas przejścia przez Icefall pod Everestem.

Pionowo w górę

Na wysokości około 6000 m n.p.m. kończy się zabawa. Szerpa zaleca zdjąć plecak i zostawić go w śniegu. Tu też odkładamy czekany i rozwiązujemy łączącą nas linę. Na ostatnim odcinku będziemy wspinać się z małpą korzystając z zawieszonych wcześniej lin poręczowych. Tych lin poprowadzonych równolegle jest kilka, niektóre są wyraźnie starsze, poprzecierane. Mechanicznie odtwarzam utrwalony dzień wcześniej schemat ruchów. Napinam linę, przesuwam małpę w górę, idę. Tak długo powtarzam ten cykl aż dotrę do miejsca zamocowania liny, wtedy przepinam się do kolejnej i znowu w górę. No właśnie: w górę… szybko i łatwo się to pisze, ale na wysokości 6100 m n.p.m. nie jest ani szybko ani łatwo. Co 8-10 kroków muszę przystawać, z trudem łapię oddech i czuję, że serce wali jak wściekłe. Na plus muszę zaliczyć fakt, że już zupełnie nie jest mi zimno.

Na ostatnim, najbardziej stromym fragmencie zamiast odpoczywać stojąc, padam na kolana. Narzekam pod nosem na przewodnika. Tak się spieszył, że nawet uczciwej przerwy na odpoczynek i posiłek nie zrobiliśmy po drodze. Teraz ewidentnie brakuje mi zarówno energii jak i tlenu. Chociaż, gdy się rozglądam wokół stwierdzam, że przede mną jest tylko jeden trzyosobowy zespół wspinaczy. Wszyscy inni wchodzący na górę zostali daleko w tyle. Czyli może po prostu idę zbyt szybko, jak na te wymagające warunki?

Wejście na Island Peak

Wyrównuję oddech i pokonuję ostatnie metry drogi na szczyt. Jest kwadrans po szóstej, gdy idący z tyłu Szerpa dochodzi do mnie i gratuluje zdobycia szczytu. Imja Tse, czyli Island Peak ma 6189 m n.p.m. – nigdy nie byłem tak wysoko.

Imja Tse

Czuję wyjątkowość tej chwili każdą komórką ciała. Jeszcze chwilę temu byłem skrajnie wyczerpany. Gdy z zachwytem rozglądam się dookoła, błyskawicznie wracają mi siły i dobry nastrój. Pogoda jest idealna, nie ma chmur, więc robię zdjęcia i sferyczną panoramę okolicy.

Lhotse

Stojąc na szczycie Island Peak jestem pod wielkim wrażeniem południowej ściany Lhotse. W trakcie podchodzenia Lhotse była całkowicie zasłonięta przez Island Peak. Teraz ogrom tej ściany wprost przytłacza. Niby od pięciu godzin się wspinam, pokonałem 1100 metrów w pionie, ale gdy patrzę na Lhotse to czuję, jak nisko jestem i domyślam się, jak wiele sił musi kosztować wejście na szczyt, na wysokość 8516 m. Ta słynna południowa ściana ma ponad 3 kilometry wysokości i jest ogromnym wyzwaniem dla himalaistów. Trzydzieści lat temu podczas wspinaczki z Ryszardem Pawłowskim, właśnie południową ścianą Lhotse, zginął Jerzy Kukuczka. Wiele było prób zdobycia Lhotse od południa, ale tylko jeden raz zakończyła się powodzeniem. Dokonali tego Rosjanie: Siergiej Bierszow i Władimir Karatajew w 1990 r.

Łatwiejszą trasą na czwartą najwyższą górę świata jest wejście północną ścianą, od strony Mount Everestu. Polacy zdobyli Lhotse tą drogą po raz pierwszy w roku 1979, wspinając się w składzie: Andrzej Czok, Zygmunt Andrzej Heinrich, Jerzy Kukuczka i Janusz Skorek. Pierwsze zimowe wejście zrealizował samotnie, i to w gorsecie ortopedycznym, Krzysztof Wielicki 31 grudnia 1988 r. Jako pierwsza Polka na szczyt wspięła się Anna Czerwińska w 2001 r. Trzy tygodnie po moim wejściu na Island Peak na Lhotse weszły Monika Witkowska i Sylwia Bajek. Tydzień po nich na szczyt weszła Elisabeth Revol (uratowana 27.01.2018 przez Adama Bieleckiego i Denisa Urubko na Nanga Parbat). Wyjątkowość jej wyczynu polega na tym, że dzień wcześniej zdobyła Mount Everest.

Makalu

Na wschód od Lhotse wznosi się kolejny ośmiotysięcznik. To Makalu, piąty co do wysokości szczyt świata (8481 m n.p.m.). Po raz pierwszy zdobyty w 1955 roku, pierwszego zimowego wejścia dokonali Simone Moro i Denis Urubko w 2009 r. Trzy tygodnie po moim wejściu na Island Peak na Makalu wchodzi Magdalena Gorzkowska. W tym samym czasie nepalski himalaista Nirmal Purja tworzy historię: w ciągu trzech dni wspiął się na trzy ośmiotysięczniki: Mount Everest, Lhotse i właśnie Makalu. Takiego wyczynu nie dokonał wcześniej nikt. Nirmal Purja zaplanował w ciągu siedmiu miesięcy zdobyć czternaście ośmiotysięczników, w pierwszym miesiącu wszedł już na sześć. Cały projekt zamyka 29 października 2019, na zdobycie wszystkich szczytów potrzebował tylko 6 miesięcy i 6 dni.

Cho Oyu

Patrząc dla odmiany na zachód od Lhotse widzę kolejny ośmiotysięcznik. To wznoszący się na 8201 m n.p.m. Cho Oyu. Także na nim Polacy zrealizowali pierwsze zimowe wejście. W 1985 r. zdobyli go Maciej Berbeka i Maciej Pawlikowski oraz Andrzej Heinrich i Jerzy Kukuczka. Jako pierwsza Polka na szczyt weszła Wanda Rutkiewicz w 1991 r. Cho Oyu jest uznawany za najłatwiejszy ośmiotysięcznik. Pewnie dlatego jest drugim, po Evereście, najczęściej wybieranym celem wypraw.

Ama Dablam

Kolejną z gór, która nieprzerwanie przyciąga mój wzrok jest Ama Dablam. Szczyt o pięknej bryle, wysoki na 6858 m n.p.m., często określany jako Matterhorn Himalajów. Jego piękna sylwetka budzi u wielu wspinaczy pragnienie, by wspiąć się właśnie na tę górę. Ja obserwuję ten szczyt codziennie od czterech dni. Przyznaję, jest w nim jakiś tajemniczy magnetyzm. Przypuszczam, że jeśli ponownie wyląduję w Lukli, to właśnie z zamiarem wejścia na Ama Dablam. Już w głowie rysuje się plan: najpierw Mera Peak, później przez przełęcz Amphu Laptsa do Chukhung i dalej ku Ama Dablam.

Wędrując wzrokiem po horyzoncie od południa ku zachodowi można wyodrębnić kolejne szczyty określane jako trekkingowe: Mera Peak (6476 m n.p.m.), Kongde Ri (6187 m n.p.m.), Pokalde (5806 m n.p.m.) czy Lobuche Peak (6145 m n.p.m.)

Zejście z Island Peak

Po kwadransie spędzonym na szczycie zaczynamy zejście. Nie schodzimy tradycyjnie, tylko zjeżdżamy na ósemkach korzystając z lin poręczowych. Bardzo szybko tracimy wysokość sprawnie mijając innych wspinaczy powolutku kroczących do góry. Schodząc czuję się świetnie, z pewnym zdziwieniem obserwuję  wysiłek, z jakim pojedyncze kroki wykonują ci, którzy właśnie atakują szczyt.

Dopiero podczas drogi powrotnej przez labirynt seraków na lodowcu mogę nasycić wzrok ich widokiem w pełnym słońcu. Niektóre z nich pięknie mienią się jasnoniebieską poświatą. Równie ciekawie prezentują się krajobrazy zbocza góry z połyskującymi lodowymi ścianami i wiszącymi na nich soplami. Dokładnie można obejrzeć kolejne warstwy sprasowanego śniegu, tworzące języki lodowców.

Lodowce i jezioro Imja Tsho

Ciekawie wygląda rzeźba lodowca Lhotse Shar spływającego spod szczytu Shartse. Z tego miejsca dobrze widać wszystkie trzy lodowce uchodzące do jeziora Imja Tsho: Lhotse Shar Glacier, Imja Glacier i Ambulapcha Glacier.

Imja Tsho to najszybciej powiększające się jezioro polodowcowe w Himalajach. Zmiany klimatu powodują bardzo szybkie kurczenie się lodowców. Obliczono, że lodowiec Imja w latach 2000-2007 cofał się o 74 metry rocznie. Równolegle zwiększyła się ilość wody w jeziorze powodując zagrożenie powodzią. W 2016 r. wojsko nepalskie zbudowało ujście wody z jeziora i obniżono jego poziom o ponad 3 metry. Szlak prowadzi w pewnej wysokości ponad jeziorem Imja Tsho, Trochę żałuję, gdyż podoba mi się widok lodowca Lhotse Shar wpadającego do jeziora. Pozornie obrazek jest statyczny, ale ciągle słychać osuwanie się drobnego gruzu i kamieni do jeziora. Czasem nawet oderwie się kawałek lodowca i spada na zamrożoną powierzchnię Imja Tsho.

Powoli opadają we mnie emocje, po adrenalinie nie ma już śladu, zaczynam myśleć tylko o dotarciu do namiotu. Robię ostanie zdjęcia okolic Imja Tsho i kieruję się do bazy.

Do Island Peak Base Camp docieram około 11. Jestem na tyle zmęczony, że po szybkim posiłku robię niemal godzinną drzemkę. Po odpoczynku wchodzę jeszcze na morenę, by z góry popatrzeć na bazę. Nic ciekawego już się tutaj dla mnie nie wydarzy, pakuję rzeczy i schodzę do Chukhung.

Radość i satysfakcja

Wracając podsumowuję wspinaczkę: tempo marszu przyzwoite, widoki przepiękne, szczeliny i seraki zachwycające. No może gdyby mnie tak przewodnik nie poganiał, to dłużej cieszyłbym się cudną panoramą. Ale starą prawdą jest, że bezpieczniej na lodowcu przebywać wcześnie i krótko, niż za późno i za długo. Ujrzawszy na własne oczy ogrom słynnych ośmiotysięczników mam wrażenie, że historia himalaizmu stała się mi bliższa.

Cieszy mnie, że udało się zdobyć szczyt, satysfakcję mam też z tego, że nie miałem żadnych większych problemów wynikających z przebywania na takiej wysokości. Aklimatyzacja okazała się wystarczająca, a Diuramid niesiony w plecaku był zbędny.

Jeszcze małe wyjaśnienie odnośnie konstrukcji wpisu. Opis wejścia jest z grubsza chronologiczny natomiast kolejność zdjęć już nie. Wchodząc na szczyt niemal nie robiłem zdjęć. Było ciemno i ciężko. Wszystkie zamieszczone zdjęcia zostały wykonane po wejściu na Island Peak.


Podobne wpisy:

4 thoughts on “Nepal: Himalaje – wejście na Island Peak 6189m

  1. Coraz bardziej dojrzewam do decyzji, by oficjalnie na swoją listę górskich marzeń wpisać Island Peak. Piękna przygoda i wspomnienia! I te zdjęcia! Czym się suplementowałeś?

    • Witaj
      Miło Cię gościć na moim blogu. (ja na Twój z przyjemnością zaglądam 🙂 )
      Ze swoim alpejskim doświadczeniem spokojnie możesz planować wejście na Island Peak. Warto. Wyprawa na pewno zostanie w pamięci.
      Pytasz o suple? Myślałem nawet, czy nie opisać ich w osobnym wpisie wraz z mniej lub bardziej naukową argumentacją. Szybko wymieniając to będą: ashwagandha, ginseng, ginkgo biloba, Q10.
      Pozdrawiam

      • Nic mi te nazwy nie mówią, a jestem zaciekawiona. Osobny wpis na ten temat na pewno by się przydał. Korci taki wyjazd bez wspomagania się agencją, ale nie wiem czy mam na tyle doświadczenia, że udźwignę organizacyjnie takie przedsięwzięcie. Jednak w tamtych stronach nigdy nie byłam…

        • No to wpis o suplach się kiedyś pojawi.
          Nepalczycy to naród, który pozostanie mi w pamięci jako wyjątkowo życzliwy i pomocny. Jeśli z czymś miałabyś problem, to możesz wierzyć, że będą chcieli i mogli Ci pomóc. Rok temu też nie byłem pewien, czy samodzielny wyjazd to dobry pomysł. Sprawdziłem, to nie jest trudne. Himalaje, choć to może brzmi zaskakująco, to organizacyjnie bardzo proste góry 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*
*
Website