Budzę się dzisiaj z obcym dla mnie uczuciem – zadowoleniem przechodzącym w rozleniwienie. Wczoraj zdobyłem Island Peak, najwyższy szczyt w mojej historii wędrowania po górach. Mam wrażenie, że najambitniejszy cel wyjazdu w Himalaje już za mną. A to dopiero dziewiąty dzień trekkingu i tyle jeszcze pięknych miejsc do zobaczenia, tyle kilometrów do pokonania. Z wyraźnym spowolnieniem zbieram się do opuszczenia Chukhung. Na dziś planuję przebyć przełęcz Kongma La i dotrzeć do Lobuche. Przełęcz ma wysokość 5535 m n.p.m., Lobuche leży po drugiej stronie lodowca Khumbu, więc wycieczka wcale łatwa nie będzie. Tym niemniej wczorajsze zdobycie Island Peak napełnia mnie irracjonalnym spokojem i pewnością siebie.

Pożegnanie Ama Dablam

W ramach nagrody za wejście na sześciotysięcznik nie nastawiłem wczoraj budzika. Wstaję po siódmej i zamawiam ulubiony zestaw śniadaniowy: masala omelete wraz z plackiem chapatti. Zanim śniadanie będzie gotowe wychodzę jeszcze przed lodge zrobić kilka zdjęć. To takie małe pożegnanie z Ama Dablam (6856 m n.p.m.) Spędziłem u stóp tej góry trzy dni i w końcu muszę zostawić ją za sobą. Spoglądam jeszcze na zachód od Chukhung, na spowitą chmurami dolinę Imja Khola, nad którą wznosi się Taboche (6495 m n.p.m.) i idę do lodgy.

Ama Dablam - widok z Chukhung

Wracając po plecak widzę, jak Nepalczycy udzielają pomocy jednej z turystek ciężko dotkniętej chorobą wysokościową. Niestety, wysokość na jakiej jesteśmy potrafi być zabójcza dla niewystarczająco zaaklimatyzowanej osoby. Samo podanie leków i czekanie na poprawę stanu zdrowia nie wystarczy. Tu trzeba działać szybko. Turystka została umieszczona w komorze hiperbarycznej i czeka już tylko na przylot śmigłowca, który zabierze ją do Kathmandu.

Na szlak wychodzę około dziewiątej. Idę spokojnie, wyraźnie czując ciężar plecaka. W zasięgu wzroku nie widzę żadnych wędrowców. Nie dziwi mnie to. Szlak przez Kongma La nie jest zbyt popularny, a kto zamierzał go dziś pokonać, na pewno wyruszył długo przede mną. Początkowo przekraczam kamienistą morenę lodowca Nuptse. Później długo trawersuję łagodne zbocze, raz po raz zerkając za siebie na Chukhung, Ama Dablam i Island Peak.

W końcu docieram do dolinki otoczonej wysokimi ścianami skalnymi. Krajobraz przede mną robi się prawdziwie wysokogórski. Niestety pogoda się zmienia, robi się wietrznie i chmury zaczynają zakrywać szczyty gór.

Kierunek na Nuptse

Nim zacznę wspinaczkę w kierunku Kongma La robię sobie odpoczynek. Przy okazji portretuję mojego wiernego towarzysza podróży. Nazywa się Gregory Baltoro 65 i nie wyobrażam sobie tego trekkingu bez niego. Mój plecak, bo nim mowa, sprawdza się doskonale zarówno w kwestii wagi, pojemności, ilości i funkcjonalności kieszeni, wygody noszenia i troczenia dodatkowego ekwipunku. Nigdy mnie nie zawiódł, należy mu się więc rekomendacja i portret z Ama Dablam w tle.

Wchodzę w głąb doliny, mijam pierwsze pola śnieżne i zachwycam się krajobrazem. Uroku okolicy dodaje ośnieżona grań siedmiotysięcznika Nuptse wznosząca się nad pobliskimi szczytami. Ten widok uzmysławia mi, jak blisko jestem już od Mount Everestu. Nuptse (7861 m n.p.m.) od najwyższego szczytu świata oddziela tylko Icefall.

Lodospad

Moją uwagę zwracają dwa pokryte lodem wodospady spływające w głąb doliny. Niewiele myśląc zmierzam w kierunku jednego z nich. Z bliska lodospad wygląda dość niesamowicie. Wielometrowa konstrukcja z lodowych sopli kryje w sobie komnatę ukrytą za lodowymi ścianami. Podejrzewam, że mógłbym się wspiąć po lodzie i wejść do środka lodospadu. Nawet rozważam założenie raków, aby wspinaczka poszła sprawnie.

Nie czując się jednak do końca pewnie i widząc kapiącą z sopli wodę, rezygnuję z tego pomysłu. Robię tylko kilka zdjęć szczytowi Ama Dablam w lodowej otoczce i schodzę w kierunku szlaku prowadzącego na przełęcz Kongma La. Zanim do niego dochodzę słyszę huk za plecami. Odwracam się i zaskoczony stwierdzam, że prawa połowa lodospadu zniknęła. Lodowa kolumna oderwała się od skał i runęła pod własnym ciężarem w dół. Uff, jak dobrze, że nie spróbowałem eksplorować lodowej komnaty. A było tak blisko. Stałem tam niecałą minutę temu. Co, gdyby ta masa lodu spadła na mnie? Czyżby coś mnie tu chroniło? Czy to zwykłe szczęście? A może ostrzeżenie?

Przełęcz Kongma La 5535 m n.p.m.

Z takimi myślami ruszam w górę, w kierunku przełęczy. Robi się stromiej, widzę też coraz więcej płatów śniegu. Docieram do płaskiego fragmentu z kilkoma zmrożonymi jeziorkami. Nad nimi dostrzegam dwa namioty. Rejon przełęczy Kongma La to miejsce na bazę dla wspinających się na Pokalde oraz Kongma Tse. Pokalde (5806 m n.p.m.) wznosi się po drugiej stronie stawu, na lewo od mojego szlaku. Po przeciwnej stronie tego lodowcowego cyrku wzrok przyciąga jasnobłękitny jęzor lodu, za którym w głębi widzę wierzchołek Kongma Tse (5849 m n.p.m.)

Jest już dość późno i chmury zasnuwają niebo z każdej strony. Kiedy około szesnastej docieram na przełęcz Kongma La (5535 m n.p.m.), jestem już bardzo zmęczony. Widoków już prawie nie ma, zza chmur ledwo wystaje szczyt Pokalde. Silny wiatr szybko wyziębia, więc bez zbędnej zwłoki ruszam w dół. Różnica wysokości między Chukhung a przełęczą Kongma La to 800 metrów, wchodziłem tutaj niemal siedem godzin. Lobuche leży 700 metrów poniżej przełęczy, natomiast do zmroku zostało tylko jakieś dwie i pół godziny. Muszę przyspieszyć, poganiam sam siebie. Gęste chmury za plecami dodatkowo mnie motywują.

Lodowiec Khumbu

Droga w tym chłodzie dłuży mi się niezwykle, z przełęczy schodzę niemal dwie godziny i w końcu docieram do wzniesienia moreny. Wspinam się na nią i z góry obserwuję zaskakujący widok. Przede mną rozciąga się wielkie, pofałdowane morze kamieni. Jakby woda miotanego sztormem oceanu nagle zastygła zamieniając się w lodowo-kamienne góry. To właśnie jest lodowiec Khumbu, najwyższy lodowiec na świecie, spływający aż od ścian Mount Everestu. Tam jest jego najsłynniejszy fragment – morderczy Icefall. Tutaj jest bezpieczniej, ale wcale mi się ten widok nie podoba. Widzę liczne wzniesienia i tak samo liczne obniżenia terenu. Dociera do mnie, że jeszcze wiele metrów wspinaczki przede mną.

Lodowy labirynt

Lodowiec zaczynam postrzegać jak labirynt. A czasu nie mam już zbyt wiele, robi się zimno i szaro. Z mapy nie wynikało tak silne pofałdowanie terenu. Nie uwzględniłem tego w planowaniu trasy. Zły jestem na siebie za zbyt późne wyjście na szlak. Teraz grozi mi pokonywanie kamiennego labiryntu po ciemku. Tu nie ma kolorowych oznaczeń szlaków, nie ma tabliczek wskazujących kierunek. Idzie się wypatrując śladów ścieżki, może czasem niewielkich kopczyków. Po ciemku to jednak bardzo niewiele. Zwłaszcza, że z moreny dostrzegam kilka ścieżek prowadzących w głąb lodowca. Żadna nie wydaje się pewniejsza od pozostałych, muszę więc losować.

Na początek idę ścieżką zgodną z trackiem gpx zapisanym  na elektronicznej mapie smartfona. Po jakichś dziesięciu minutach marszu moja ścieżka kończy się przy malowniczym jeziorku na lodowcu. Muszę zawrócić. Nawet nie jestem zbyt zaskoczony. Oczywistym jest, że lodowiec jest w ciągłym ruchu i żadna ścieżka nie jest trwała ani bezpieczna przez dłuższy czas. Czuję już spore zmęczenie, wybieram inną ścieżkę i przyspieszam kroku samą siłą woli.

Tym razem trasę wybrałem lepiej. Prowadzi mnie przez liczne zakręty i wzniesienia. Parę razy się rozgałęzia, ale szczęśliwie losuję właściwą trasę. Czasem się potykam, czasem zsuwam się po niestabilnych kamieniach. Wiele razy kijki ratują mnie przed upadkiem.

Lobuche

Przez lodowo-skalny labirynt idę dobrą godzinę. Dochodzę do przeciwległej moreny bardziej wyczerpany, niż dzień wcześniej schodziłem z Island Peak. Słońce już zaszło, idę oświetlając czołówką teren przed sobą. Zupełnie po ciemku docieram do wsi Lobuche, wyszukuję rekomendowaną lodge Oxygen Guesthouse i wchodzę do środka. A tam tłum i gwar jak w Murowańcu. Mimo zgiełku wyłapuję polskie głosy. Idę ku nim i widzę znajomą twarz. To Magda Jończyk siedząca wraz ze swoją ekipą.

Jak mnie to spotkanie ucieszyło. Poznałem Magdę jeszcze w Polsce, na jej prelekcjach o Himalajach. To od niej usłyszałem, że trekking po Himalajach jest łatwy i dostępny dla każdego. Chwilę rozmawiamy, ale ponieważ Oxygen Guesthouse nie ma wolnych łóżek, muszę szukać innego miejsca na nocleg. W jednym z sąsiednich budynków dostaję obskórną izbę i tam też muszę zamówić kolację. Ta smakuje wyśmienicie. Zmęczone ciało z wdzięcznością przyjmuje ciepły posiłek. Wracam jeszcze do ekipy Magdy Jończyk. Wymieniamy się opowieściami, gramy w karty. Przyznaję sam przed sobą, że brakowało mi już takich swobodnych rozmów z rodakami.

Na następny dzień mamy taki sam plan: dojście do Gorak Sheep a dalej do Everest Base Camp. Zobaczę na własne oczy słynny Icefall lodowca Khumbu. Będzie to już dla mnie piąty z kolei dzień spędzony na wysokościach powyżej 5000 m n.p.m.

Jeszcze odrobina statystyki dla podsumowania dnia:

Długość trasy 10 km
Wysokość punktu startu 4740 m n.p.m.
Wysokość punktu końcowego 4910 m n.p.m.
Różnica wysokości maksymalnej i punktu startu  795 m
Wysokość maksymalna 5535 m n.p.m.
Wysokość minimalna 4740 m n.p.m.
Całkowite wzniesienie terenu 1288 m
Całkowity spadek terenu 1147 m
Subiektywna trudność szlaku w skali 1-10 6
Subiektywna atrakcyjność szlaku w skali 1-10 7

Podobne wpisy:

To już koniec wpisu! Podobał Ci się? Polub nas! Poleć znajomym! Skomentuj!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

*
*
Website