Podjąłem wyzwanie – zdobędę alpejski czterotysięcznik. W ciągu ostatnich dni przeszliśmy przez trzy lodowce i dwie wysokie przełęcze. Dziś planujemy wejście na Finsteraarhorn (4274 m n.p.m.) – najwyższy szczyt Alp Berneńskich i zarazem trzeci najbardziej wybitny (wyprzedzają go Mont Blanc i Grossglockner) szczyt Alp. Przed atakiem szczytowym nasz trzyosobowy zespół nocuje w zimowym schronie Finsteraarhornhütte na wysokości 3048 m n.p.m. Czeka nas 5-6 godzin marszu w górę.

Tak prezentuje się droga na szczyt widziana z Grosses Fiescherhorn (4049 m n.p.m.):

(do narysowania przebiegu szlaku wykorzystałem zdjęcie ze strony www.camptocamp.org)

Wspinaczka z czołówkami

W nocy budzę się kilkukrotnie. Wiatr jest tak mocny, że nasza drewniana chatka cała trzeszczy. Wstajemy o szóstej, idziemy w górę oświetlając czołówkami skały przed sobą. Możemy dostrzec stare – czerwone lub nowe – niebieskie oznaczenia szlaku. Jeszcze przed świtem wchodzimy na grań ponad schroniskiem i przed nami otwiera się widok na południowy wschód. Z wysokości około 3200 m n.p.m. obserwujemy pięknie podświetlone chmury nad Wasenhorn. Na zachodzie za to wierzchołki gór powoli nabierają złotych barw. Nie mogę się wprost napatrzyć.

Dalsza trasa prowadzi przez ostatnie fragmenty skalne wystające spod śniegu. Następnie wchodzimy na śnieg, zakładamy raki i wiążemy się liną, czeka nas przejście pierwszego fragmentu lodowca. Oczywiście nigdzie nie dostrzegamy żadnych śladów innych wspinaczy.

Wielkie szczeliny

Najciekawszym miejscem na lodowcu jest wielka szczelina z charakterystyczną komorą. Zgadujemy, że niejeden dom mógłby zmieścić się pod jej śnieżnym sklepieniem.

Następnie wchodzimy na wysokość 3616 m n.p.m., na grań pełną luźnych kamieni. Podejście jest niewygodne, bo podłoże jest niestabilne. Wiatr jest bardzo silny, mroźne porywy skutecznie nas wychładzają. Z niepokojem obserwujemy jak wicher zwiewa śnieg z grani Finsteraarhorn.

Z tego miejsca możemy napawać się widokiem na kolejny fragment lodowca. Gęsto spękany lód z głębokimi, na niebiesko zabarwionymi szczelinami robi na nas wrażenie groźnego. Tutaj zmienia się nachylenie po jakim lodowiec zsuwa się w dół. Efekt wizualny jest niezapomniany.

Przełęcz Hugisattel

Omijamy te największe szczeliny szerokim łukiem. Od wysokości 3650 m n.p.m. lodowiec jest bardziej stromy, a wspinaczka bardziej wyczerpująca. Pod koniec podejścia, torując drogę brniemy po uda w śniegu. Dłonie i stopy mam przemarznięte. Staram się ciągle poruszać palcami, by poprawić krążenie. Dopiero o 13.30 wchodzimy na przełęcz Hugisattel (4088 m n.p.m.).  Z przełęczy rozpościera się piękny widok na lodowiec Finsteraargletcher. W oddali widzimy zalewy Oberaarsee i Grimselsee – początkowe punkty naszej wyprawy. 

Z drugiej strony podziwiamy lodowiec Fieschergletcher i kolejne czterotysięczniki: Grosses Fiescherhorn (4049 m n.p.m.), Hinteres  Fiescherhorn (4025 m n.p.m.) i Grosses Grünhorn (4044 m n.p.m.).

Na przełęczy wieje tak mocno, że nie słyszymy co do siebie krzyczymy. Od szczytu dzieli nas tylko 200 metrów w pionie, ale jest już zbyt późno na tę wspinaczkę. Wyziębieni, decydujemy się zawrócić spod skalnej grani. W tych warunkach pozostaje nam uznać za plus fakt, że przetarliśmy szlak i spróbować swych sił kolejnego dnia. Wracamy tą samą drogą, ponownie możemy zachwycać się niesamowitym kształtem szczelin na lodowcu.

Do schronu wracamy o zachodzie słońca. Jeszcze później do naszej chatki przychodzi trójka wspinaczy z Polski. Mają za sobą dwie nieudane próby zdobycia szczytu. Kolejnego dnia, podobnie jak my planują wejście na Finsteraarhorn. 

Wejście na Finsteraarhorn 

W piątek trzynastego razem z Łukaszem wstaję o czwartej. Za oknem widzimy niebo pełne gwiazd, wiatr nie trzęsie naszą chatką, więc o pogodę przestajemy się martwić. Sprawnie wspinamy się na grań i w dobrym tempie przekraczamy lodowce. Na przełęcz Hugisattel docieramy już o dziesiątej godzinie. Po naszych śladach wchodzi ekipa trzech Polaków. Z przełęczy nie widać całej drogi na wierzchołek. Aby pokazać grań szczytową Finsteraarhornu, po której się wspięliśmy wykorzystam wyszukane w internecie materiały ze szczytu Agassizhorn (3946 m n.p.m.).

(zdjęcie pochodzi ze strony www.gipfelbuch.ch)

Dwoma zespołami, niemal równolegle wspinamy się ku szczytowi. Stosując lotną asekurację idziemy częściowo po skałach, a częściowo po śniegu. Warstwa śniegu jest wystarczająco gruba, by sprawiać wrażenie stabilnej. Trudność tego podejścia szacuje się na PD (nieco trudno). Przejście grani nie jest zbyt skomplikowane, praktycznie zawsze mamy alternatywną drogę do wyboru. Nasze wejście na Finsteraarhorn odbywa się tuż przed południem, wkrótce po naszych młodszych kolegach.

Na szczycie o wysokości 4274 m n.p.m. stoi stalowy krzyż z napisem SOLI DEO HONOR (Samemu Bogu cześć). Miejsca na wierzchołku jest mało, a zaledwie metr od punktu, w którym stoimy zaczyna się przepaść o głębokości 1000 m. Pogoda tym razem nie psuje nam humoru, prawie nie ma chmur czy wiatru. Panorama ze słonecznego szczytu zapiera dech w piersiach. 

Panorama 360°

Widok na ogromne lodowce, siatki szczelin i ośnieżone szczyty wokół to wspaniała nagroda za wejście na Finsteraarhorn. U naszych stóp leży spory fragment rezerwatu Szwajcarskie Alpy Jungfrau-Aletsch, wpisanego na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Rezerwat ten obejmuje oba najdłuższe alpejskie lodowce: Aletschgletscher o długości 23 km oraz widoczny niemal w całości Fieschergletscher o długości 15 km.

Patrząc na wschód widzimy mijane po drodze zalewy: Grimselsee i Oberaarsee. Imponująco wyglądają sunące w dół masy śniegu tworzące lodowiec Finsteraargletscher.

Spoglądając na zachód rzucają się w oczy słynne szczyty: Matterhorn, Duforspitze, Mont Blanc. Pod nami, jak wielka rzeka, płynie lodowiec Fieschergletscher. Z wierzchołka możemy też wypatrzyć bryłę położonego 1200 metrów niżej schroniska Finsteraarhornhütte. Na północy bliskie wydają się kolejne znane szczyty: Eiger i Jungfrau.

Zanim zejdziemy wypada zrobić sobie dokumentalne zdjęcia z krzyżem na szczycie. Przy okazji zbliżenie na Łukasza – pomysłodawcę i lidera całej wyprawy.

Zejście tradycyjnie okazuje się trudniejsze niż zdobycie szczytu. Adrenalina już nie buzuje w żyłach, nie jest łatwo znaleźć w sobie koncentrację i resztki energii. Na przełęczy Hugisattel padam bez sił na śnieg. Pewnie zbyt mało jadłem i piłem – wyrzucam sobie i nadrabiam zaległości.

Dalsza droga powrotna nie stwarza żadnych problemów, do schronu dochodzimy przed godziną osiemnastą. Na miejscu dowiadujemy się, że podczas naszej nieobecności przed schronem wylądował śmigłowiec. Ludzie opiekujący się schroniskiem pobrali należne opłaty za nocleg, a przy okazji sprzedali Łukaszowi kilka puszek piwa. Możemy więc świętować zdobycie szczytu. Ta noc okazuje się być jedyną dobrze przespaną podczas całego wyjazdu.

Przed zaśnięciem wychodzę jeszcze przed schron z aparatem. Nieczęsto można zobaczyć taką mnogość gwiazd na niebie.

Kolejnego dnia zaczniemy drogę powrotną. Pójdziemy trasą wzdłuż czterech lodowców: Fieschergletscher, Galmigletscher, Studergletscher i Oberaargletscher.


Podobne wpisy:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*
*
Website