Teide

Poprzedniego dnia oglądaliśmy wulkan Teide z oddali. Dziś zamierzamy spędzić cały dzień na jego zboczach. Planując trasy przed wylotem obejrzałem zdjęcia satelitarne Google Parku Narodowego Teide i tak mnie urzekły niesamowite kształty i barwy stworzone przez wulkan, że koniecznie chcę zobaczyć to wszystko z bliska. Mamy w planach wejście na krater Pico Viejo, po drodze miniemy kilka mniejszych kraterów.

zdjęcia Google

W Parku Narodowym Teide przygotowana jest gęsta sieć szlaków pieszych. Wykorzystam szlak numer 9 do trasy powrotnej, jednak do samego krateru Pico Viejo wybrałem wypatrzoną na mapach satelitarnych nieznakowaną ścieżkę, która poprowadzi nas przez Narices del Teide. Oto mapa oficjalnych  szlaków turystycznych:

Teide mapa szlaków turystycznych

Pico Viejo to drugi po Teide najwyższy szczyt na Teneryfie a zarazem największy na wyspie krater. Szlak nasz prowadzi od punktu widokowego Mirador de Chio przy szosie TF-38, czyli z wysokości 2082 m n.p.m. aż do brzegu krateru na wysokości 3135 m n.p.m. Mamy więc do przejścia ponad 1000 metrów w górę, w palącym słońcu, bez nadziei na cień. Sam krater słynie z księżycowego krajobrazu a dzięki swoim rozmiarom (720 metrów średnicy) robi dużo większe wrażenie niż krater Teide.

Wyruszamy z ruchliwego parkingu przy punkcie widokowym. Już po parunastu metrach czujemy się zupełnie inaczej. Orientujemy się, że na szlaku jesteśmy zupełnie sami. Ogromna większość turystów wjeżdżających do kaldery Las Canadas nie odstępuje swoich samochodów na więcej niż 100 metrów. My idziemy przez wielkie pola lawy i nie widzimy żadnego żywego stworzenia. Nasz szlak na Pico Viejo nie jest oznakowany, poruszamy się po wulkanie wypatrując wijącej się między skałami ścieżki. Trasa prowadzi po typowej wulkanicznej nawierzchni. Idziemy po lekkich kamieniach o strukturze pumeksu, mijamy dziwnie uformowane fragmenty zestalonej lawy. Skały są porowate, ostre, w dotyku nieprzyjemne, pod nogami niestabilne. Z każdym krokiem pył wzbija się spod stóp. Krajobraz ma wyjątkowo ponure kolory: czarne, ciemnoszare, brunatne, rdzawe. Zieleni roślin prawie nie widać. Okolica wydaje się zupełnie nieprzyjazna dla jakiegokolwiek życia.

Całość kojarzy mi się z Mordorem opisanym przez Tolkiena we Władcy Pierścieni. Pustynną, wyjałowioną krainą zarządzaną przez Saurona, nad którą wznosi się wulkan Orodruina. Stojący przed nami Teide absolutnie zdominował krajobraz. Podobnie jak Frodo z wysiłkiem kierujemy się ku najwyższemu wzniesieniu w zasięgu wzroku.

Narices del Teide

Kiedy patrzymy w kierunku wulkanu widzimy ciemne pola lawowe z rysującymi się na jej powierzchni stożkami i kraterami. To Narices del Teide – nozdrza Teide, czyli miejsce gdzie od 9 czerwca  1798 roku przez trzy miesiące wydobywała się lawa. Od erupcji minęło ponad 200 lat, ale przez ten czas niewiele się zmieniło. Nadal najmłodsze jęzory lawy wyróżniają się rdzawą, ciemnobrunatną a nawet czarną barwą. Zbocza poniżej krateru Pico Viejo są wyraźnie jaśniejsze i miejscami porośnięte suchymi krzewami.

Rejon Narices del Teide jest całkowicie pozbawiony roślin, to najbardziej martwy rejon Teneryfy jaki widziałem. Jest tu ponuro, to prawda, ale zarazem … pięknie. Kiedy wchodzę na pierwszy czarny krater i rozglądam się wokół dociera do mnie, że to miejsce ma własny, specyficzny urok. Zachwyca dużą ilością kolorowych planów jakie z tej wysokości się ukazują. Widać czerń i brązy najmłodszych stożków wulkanicznych, słomkowy i jasnozielony kolor kanaryjskiego endemitu Spartocytisus supranubius, rudą i pomarańczową barwę oświetlonych mocnym słońcem starszych fragmentów kaldery. Intensywna zieleń na terenach położonych poniżej granicy 2000 m n.p.m. to rozległe lasy Corona Forestal złożone głównie z sosny kanaryjskiej (Pinus canariensis). Za białymi obłokami wznoszą się szare i zimne szczyty gór Teno. Intensywnie niebieski Atlantyk zlewa się z niebem, granicę między nimi podpowiada otoczona wianuszkiem chmur La Palma.

Idziemy coraz wyżej, mijamy kolejne kratery, wyglądają jak leje po wybuchach bomb. Niby podobne do siebie, ale każdy czymś zaskakuje. A to ciekawym kształtem zestalonej lawy, a to bogactwem kolorystyki. Opuszczamy Narices del Teide i monotonnymi zakosami posuwamy się w kierunku Pico Viejo. Idzie się ciężko, po każdym kroku w górę osuwam się nieco w dół, tak bardzo niestabilne są drobne, luźne kamyczki na stromym zboczu. Osiągamy wysokość 3000 m n.p.m., słońce pali niemiłosiernie, coraz wolniej podnosimy nogi.

Pico Viejo

Dopiero po piętnastej docieramy na szczyt Pico Viejo (3135 m n.p.m.). Wychodzimy na wypłaszczenie i niemal zwiewa nas stamtąd huraganowy wiatr. Musimy zejść nieco w dół aby się cieplej ubrać. Walcząc z wiatrem podchodzimy do krawędzi krateru. Widoki są imponujące. Rozmiary i kolory krateru robią ogromne wrażenie. Ręce same sięgają po aparat, żeby te obrazy uwiecznić.  Cóż z tego, skoro siła wiatru nie pozwala utrzymać aparatu w bezruchu.

Bardzo ciekawie przedstawia się górujący nad kraterem Pico Viejo szczyt Teide (3718 m n.p.m.). Wznosi się jeszcze 600 metrów wyżej, ma klasyczny dla stratowulkanów kształt stożka i wyraźnie widoczne ciemne strumienie lawy zastygłej na jasnej – starszej warstwie wulkanicznej pokrywającej górę. Działa na wyobraźnię świadomość, że w momencie erupcji te rzeki lawy mają temperaturę ok. 1000°C i płyną z prędkością nawet kilku metrów na sekundę. Lawa zestala się i strumienie zatrzymują się, dopiero gdy ostygnie ona do temperatury 600-800 °C.

Poniżej znajduje się panorama 360° wykonana z krawędzi krateru

Niebo jest czyste i pojedyncze chmury nie przeszkadzają nam w oglądaniu widoków. Na oceanie wyraźnie rysują się cztery wyspy. Na południowym wschodzie leży Gran Canaria, na zachodzie – najbliższa nam La Gomera. W oddali, na północnym zachodzie widzimy „dwugarbną” La Palmę a na południowym  zachodzie malutką El Hierro.

Wypatruję góry, którą zdobyliśmy dzień wcześniej. Montana de Guajara dominuje nad resztą szczytów w paśmie otaczającym kalderę. Jakże malutkie zdają się stojące przed nią skały Roques de Garcia. Są oddalone od nas około 6 km i nie robią już takiego wrażenia jak z bliska.

Na zachodnim krańcu wyspy, nad oceanem wznoszą się góry Teno z najwyższym szczytem Cruz de Gala (1354 m n.p.m.). U stóp gór Teno położona jest miejscowość Santiago del Teide, z tej perspektywy widoczna jako skupisko białych domów. Przed górami widzimy ładnie ukształtowane, zielone stożki: Montana Bilma (1371 m n.p.m.) i Montana del Estrecho (1523 m n.p.m.). Czarne wzgórza przed nimi to Chinyero – miejsce ostatniej erupcji na Teneryfie, trwającej od 18 do 27 listopada 1909r. Natomiast najsłynniejszy wybuch wulkanu miał miejsce na Montanas Negras (czarny stożek z prawej strony zdjęcia). Rozpoczął się 5 maja 1706 r., trwał 9 dni i zakończył się zalaniem potokami lawy portu w oddalonym o kilka kilometrów Garrachico.

Zejście

Schodzimy z wulkanu prosto na zachód szlakiem nr 9. Wystarczyło znaleźć się kilkadziesiąt metrów poniżej krawędzi krateru aby wiatr zupełnie ustał i natychmiast zrobiło nam się gorąco. Mimo tego, że podłoże jest bardzo sypkie i niestabilne w miarę sprawnie pokonujemy drogę w dół. Oglądamy jeszcze jeden spektakularny, choć mniejszy krater i szerokim już szlakiem zmierzamy w kierunku szosy. Oglądamy się często za siebie; za plecami mamy piękne widoki na przebytą trasę w ciepłym świetle zachodzącego słońca.

Po zapadnięciu zmroku temperatura szybko się obniża. Do parkingu dochodzimy już mocno zmarznięci. Podsumowując przyznam, że szlak pozostawił mnie z mieszanymi uczuciami. Widoki na krater i otoczenie wulkanu są niesamowite i na długo zostaną w mojej pamięci. Jednak samo podejście uważam za bardzo nieprzyjemne, niewygodne brnięcie w luźnym osuwisku i ogólne wrażenie wyobcowania w tym ponurym terenie powodują, że nie zamierzam tej trasy powtarzać. Stanowczo chcę nieco od wulkanów odpocząć. Chętnie wrócimy kolejnego dnia do wąwozów w górach Teno. Plan na jutro to Barranco Juan Lopez.


Podobne wpisy:

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*
*
Website