Po pierwszym, dość krótkim spacerze ponad jeziorem Achensee mamy ochotę spędzić w górach więcej czasu. Doskonale zapowiadająca się pogoda pozwala nam zaplanować całodzienną wycieczkę – zamierzamy dotrzeć do pięknie położonego zalewu Schlegeisspeicher i stamtąd wspiąć się na położoną już we Włoszech przełęcz Pfitscher Joch. Zależnie od warunków na górze i szybkości naszej wędrówki wybierzemy drogę na Grawandkofel lub Rotbachlspitze.

Schlegeis Alpenstrasse

Mieszkając na Campingu Aufenfeld mamy do przejechania niemal całą dolinę Zillertal: mijamy Zell am Ziller i przejeżdżamy Mayrhofen kierując się na Ginzling. Początkowo bardzo szeroka i płaska dolina zwęża się i nasza droga staje się coraz bardziej kręta. Wjeżdżamy coraz wyżej i kolejne zakręty odsłaniają nam widoki na imponujące skalne ściany wąwozu oraz ośnieżone szczyty w oddali. Najpierw jedziemy wzdłuż potoku Zemmbach, potem wjeżdżamy na płatną Schlegeis Alpenstrasse. Koszt jednorazowego przejazdu autem to 12 euro, my wykupujemy opcję trzech wjazdów i płacimy 30 euro. Zaraz za bramką zaczyna się ciąg serpentyn i tuneli. Droga jest na wielu odcinkach tak wąska, że mieści tylko jedno auto. Przejazdy są zorganizowane wahadłowo, czasem na wjazd trzeba czekać nawet 15 minut.

Schlegeisspeicher

Zapora robi na nas wrażenie swoim ogromem, ma 725 m długości i 131 m wysokości. Szybko jednak pokonujemy ostatni tunel i będąc już na wysokości 1800 m n.p.m. możemy zachwycać się widokiem szmaragdowego jeziora, pokrytych śniegiem szczytów i lodowca Schlegeiskees.

 

Zostawiamy auto na parkingu przy zaporze i wchodzimy na szlak nr 524 kierując się na przełęcz Pfitscher Joch. Według drogowskazu czeka nas 2-godzinne podejście. Trasa, którą idziemy stanowi pierwszy etap dwutygodniowego wysokogórskiego szlaku Tiroler Höhenweg, który prowadzi aż do włoskiego Merano. Na drodze jest zadziwiająco tłoczno. Dużo jest turystów, są nawet grupy zorganizowane, a na dodatek na szlak wchodzą pasące się licznie krowy. Pierwszy odpoczynek robimy przy punkcie widokowym na wodospad Unterschrammachbach Wasserfall. Ośnieżony szczyt nad nim to mierzący 3410 m n.p.m. Schrammacher.

Idziemy cały czas wygodną szeroką ścieżką, tylko w kilku miejsca jest lekko błotniście. Nasze dzieci sprawiają nam miły prezent: idą przed nami grzecznie trzymając się za ręce. Nie oczekują asysty i nie potrzebują zachęty z naszej strony. Ku naszej radości ten stan utrzymał się do końca wyjazdu.

Pierwszym miejscem, gdzie zmęczeni szlakiem turyści mogą zakupić posiłek jest położony na wysokości 2100 m n.p.m. Lavitzalm. Sylwetkę budynku widzieliśmy z daleka i nawet łudziliśmy się, że to już schronisko na przełęczy. Tradycyjnie jednak góry oszukują nas, że cel jest tuż, tuż… a iść trzeba wciąż dalej. Za Lavitzalm schodzimy nieco w dół i przekraczamy charakterystyczny rdzawo-pomarańczowy strumień. Płynie on w dół po zboczu Rotbachlspitze. Nazwa góry idealnie komponuje się z tym co widzimy. To jedyny w zasięgu wzroku wierzchołek zbudowany z rdzawo-rudej skały. Minerały znoszone przez wodę w dół biegu rzeczki nadają jej ten wyrazisty kolor, pięknie kontrastujący z zielenią traw.

Pfitscher Joch

Jeszcze troszkę wysiłku i klucząc wąską ścieżką pomiędzy głazami docieramy do przełęczy Pfitscher Joch (2248 m n.p.m.). To zarazem granica między Austrią i Włochami. Od strony włoskiej podejście jest krótsze i wygodniejsze. Wielu turystów przyjeżdża tutaj rowerami. Bez problemu wjeżdżają nawet auta osobowe. Samo schronisko Pfitscher Joch Haus leży już na terenie Tyrolu Południowego (niem. Südtirol, wł. Alto Adige).

Ciekawie prezentuje się polityczna historia tego rejonu. Do 1919 roku Tyrol Południowy stanowił część austriackiego kraju koronnego Tyrol. Na mocy traktatu pokojowego w Saint-Germain został wcielony do Włoch i podlegał przymusowej italianizacji, co spotkało się z silnym oporem górali. W 1939 roku Mussolini i Hitler zgodzili się, by dać prawo wyboru mieszkańcom tych ziem, gdzie chcą mieszkać. Wtedy ponad 80% Tyrolczyków zdecydowało się opuścić Włochy. Po zakończeniu wojny większość emigrantów wróciła w rodzinne strony, jednak nadal aktywnie walczyła o autonomię. Zdarzały się nawet ataki terrorystyczne i sabotaże. W 1972 roku władze włoskie poszły na dalekie ustępstwa, język niemiecki stał się obok włoskiego językiem oficjalnie używanym w urzędach czy szkołach. Obecnie Tyrol Południowy jest jednym z najbogatszych rejonów Włoch, z typowo niemieckim upodobaniem do czystości i porządku.

podziwiamy widoki z Pfitscher Joch

Na samej przełęczy zachowało się nieco śniegu. Dla naszych dzieci śnieg w lipcu to gwarancja dobrej zabawy. My w tym czasie możemy się spokojnie rozejrzeć. Na zachodzie widzimy Hohe Wand (3289 m n.p.m), Schrammacher (3410 m n.p.m) i Grawandkofel (2835 m n.p.m.). Na wschodzie najbliżej nas są Rotbachlspitze (2895 m n.p.m.), Hochsteller (3097 m n.p.m.), Hochfernerspitze (3.470 m n.p.m.), Hintere Weißspitze (3.395 m n.p.m.) i Vordere Weißspitze (3.269 m n.p.m.). Po włoskiej stronie przełęczy pięknie prezentują się szczyty okalające dolinę Val di Vizze. 

Krótko naradzamy się dokąd pójść dalej. Dziewczyny wolą spędzić czas na spokojnym spacerze w rejonie schroniska i pobliskich jeziorek. Ja z Mikołajem decydujemy, że spróbujemy dojść do lodowca Stampflkees ponad Schneescharte. Rozważaną alternatywą było wejście na Rotbachlspitze, ale akurat skłębiły się tam chmury i wybraliśmy kierunek zachodni. Już na początku szlaku zatrzymują mnie bardzo ładne widoki wokół jeziorek Jochseen. Nie mogę się oprzeć i tracę nieco czasu na zdjęcia.

Schneescharte

Kiedy ponownie przyspieszyliśmy kroku zostawiając stawki za sobą jestem już pewien, że do lodowca nie zdążymy dojść. Zakładam, że idziemy w górę do godziny szesnastej, a później musimy już myśleć o powrocie. Nasza ścieżka, początkowo wyraźna, po godzinie marszu staje się ledwo zaznaczona. Kończą się zielone trawy, idziemy przez ogromne skalne rumowisko. Znaki malowane na skałach są coraz trudniejsze do wypatrzenia. Zmęczenie daje się we znaki, idziemy już dużo wolniej niż początkowo. Tylko jeden nasz towarzysz zmierza dziarsko w tym samym tempie co zwykle… To zegarek, który nieubłaganie pokazuje, że szesnasta już minęła i czas zawracać. Rozglądamy się więc po okolicy z wysokości około 2700 m n.p.m. i kierujemy się z powrotem ku przełęczy.

W drodze na Pfitscher Joch spotykamy dziewczyny, które wyszły nam naprzeciw. Wspólnie się posilamy, potem chwilę jeszcze spacerujemy wokół stawów podziwiając widoki. Robi się późno, więc nie zwlekamy już dłużej i schodzimy z przełęczy.

Idąc w dół, ze zdziwieniem stwierdzamy, że chyba jesteśmy na szlaku zupełnie sami. Najwyraźniej powszechnym alpejskim zwyczajem jest zejście z gór przed godziną 17. Później zazwyczaj pada… Na szczęście udaje nam się zejść na parking przed zmrokiem i w suchym ubraniu. 

Wycieczka bardzo nam się podobała, trasa nie jest ani długa ani stroma, jest wprost idealna na spacer z dziećmi. Kolejnego dnia planujemy ponownie przyjechać nad zalew Schlegeisspeicher. Naszym celem będzie Furtschaglhaus u podnóża Grosser Moseler.


Podobne wpisy:

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*
*
Website